Aenean sollicitudin, lorem quis bibendum auctor, nisi elit.

m
Pszczelarze jak lekarze: Walka o życie w blasku żarówki

Pszczelarze, jak lekarze, walczą o każde życie

Z pewnością bardzo często powtarzamy, że pszczelarze jak lekarze walczą o absolutnie każde życie. To niezwykle ważne zdanie wraca do nas zawsze, gdy patrzymy na jedno historyczne zdjęcie. Przede wszystkim zostało ono zrobione dokładnie pięć lat temu. Wtedy sroga zima zaskoczyła nas wszystkich wyjątkowo niskimi temperaturami. Zatem na naszym tarasie w ciemnościach nocy toczyła się cicha walka o przetrwanie jednej, małej rodziny. Wprawdzie w pszczelarstwie często mówi się o suchych statystykach oraz wydajności miodowej. Jednak jest też druga strona tego pięknego medalu. Oczywiście to ta znacznie bardziej intymna, pełna troski, której wielkim symbolem stał się ten mały ulik weselny ogrzewany zwykłą żarówką.

ulik weselny

Ulik weselny, autor: Beata Zalewa

Dlaczego pszczelarze jak lekarze walczą o najmniejsze ule?

Zacznijmy od krótkiego, technicznego wyjaśnienia dla tych z Was, którzy dopiero poznają świat uli. Przede wszystkim na zdjęciu widzicie tak zwany ulik weselny. Oczywiście to całkowicie miniaturowy dom dla owadów, służący zazwyczaj do wychowu oraz unasienniania matek. Z pewnością mieszka w nim zaledwie garstka robotnic, co stanowi mały ułamek siły normalnego ula. Ponadto owady zimują, mocno zbijając się w zwarty kłąb. Wewnątrz niego wytwarzają one życiodajne ciepło poprzez rytmiczne drżenie swoich mięśni. Zatem im więcej jest pszczół, tym znacznie łatwiej im utrzymać odpowiednią temperaturę.

Mianowicie taka mała rodzina w uliku weselnym jest zupełnie jak bezbronny wcześniak w inkubatorze. W efekcie ich własna energia to stanowczo za mało, by ogrzać wnętrze przy ekstremalnych mrozach. Z kolei bez naszej pilnej pomocy z zewnątrz te owady po prostu by szybko zamarzły. Działoby się tak pomimo posiadania pełnych zapasów pokarmu. Dlatego musieliśmy błyskawicznie zadziałać.

Żarówka jako nasze ulowe koło ratunkowe w mroźne noce

To, co dokładnie widzicie pod spodem, to nasza prowizoryczna intensywna terapia. Wprawdzie wygląda ona niepozornie, ale jest niesamowicie skuteczna. Z pewnością stara, tradycyjna żarówka (absolutnie nie LED!) emituje znacznie więcej ciepła niż światła. Następnie umieszczona pod dnem działa ona zupełnie jak domowy grzejnik. W efekcie nagrzane powietrze unosi się powoli do góry. Zatem bardzo delikatnie ogrzewa ono wnętrze styropianowego domku. Dodatkowo robi to tak mądrze, że kompletnie nie zakłóca spokoju uwięzionych owadów. Światło nie wpada do środka, a wspaniałe ciepło skutecznie ratuje ich życie.

Ponadto te świecące w ciemności punkty to zwykłe, okrągłe otwory wentylacyjne. Jednak na tym nocnym zdjęciu wyglądają one zupełnie jak jasne gwiazdy. Z kolei dla nas były one bardzo cudownym sygnałem, że życie w środku ciągle się tli. Oczywiście doskonale wiedzieliśmy, że cyrkulacja sprawnie działa i wciąż jest ogromna nadzieja na przetrwanie.

Czy pszczelarze jak lekarze powinni ratować tak małe rodziny?

Wprawdzie ktoś postronny mógłby teraz zapytać, po co nam właściwie ten cały ogromny wysiłek? Przecież to zaledwie garstka owadów, czyli bardzo mała strata w skali całej, dużej pasieki. Jednak prawdziwy opiekun absolutnie nie patrzy na swoje podopieczne przez pryzmat chłodnych tabelek w Excelu. Przede wszystkim w tym małym, białym domku znajdowała się niezwykle cenna matka. Mianowicie stanowiła ona unikalny genotyp oraz naszą wielką nadzieję na przyszły sezon. Być może była to wspaniała protoplastka wielu niezwykle silnych rodzin.

Ale z pewnością nawet nie o to nam w tamtej chwili chodziło. Zatem chodziło tu po prostu o zwykłą etykę i wielki szacunek do żywej natury. Skoro w pełni świadomie zdecydowaliśmy się zazimować tę malutką rodzinę, automatycznie wzięliśmy za nią ogromną odpowiedzialność. W efekcie pozostawienie ich na pewną śmierć byłoby całkowicie sprzeczne z duchem pszczelarstwa. Z kolei wstawanie w nocy i sprawdzanie, czy styropian zbytnio się nie nagrzewa, to po prostu piękna część tej niezwykłej pasji. Wtedy człowiek przestaje być tylko producentem miodu i staje się prawdziwym opiekunem.

Światło w ciemności i wspaniała satysfakcja na wiosnę

Bez wątpienia tamta sroga zima sprzed pięciu lat mocno nauczyła nas pokory wobec mroźnego żywiołu. Jednak ostatecznie dała nam ona również bardzo ogromną, życiową satysfakcję. Oczywiście nasz mały, styropianowy ulik wspaniale przetrwał te wszystkie, trudne chwile. Następnie na wiosnę uratowana matka zbudowała wokół siebie piękną, niezwykle silną rodzinę. Dlatego patrząc dzisiaj na tę starą fotografię, nie widzimy tylko partyzanckiego sposobu na awaryjne ogrzewanie. Mianowicie widzimy tam wspaniały dowód na to, że w tej pasji gorące serce jest tak samo ważne jak fachowa wiedza.

Podsumowując, każde radosne bzyczenie na wiosnę jest dla nas najwspanialszym podziękowaniem. Przecież doskonale pamiętamy te mroźne, zimowe noce spędzone na nerwowym czuwaniu przy naszym owadzim inkubatorze. W efekcie ta niesamowita historia pięknie pokazuje naszą niezwykle głęboką więź z naturą. Oczywiście nie zamienilibyśmy tego na nic innego. Ponieważ wielka miłość do ula to po prostu nasza codzienność!