Dlaczego każdy szanujący się pszczelarz musi mieć szufladę pełną skarpet w pszczoły? (Analiza „naukowa”)
Pszczelarstwo to nie tylko hobby. To stan umysłu. To godziny spędzone na wpatrywaniu się w wylotek, to zapach palonego próchna we włosach i lepkie dłonie, których nie domyje żadne mydło. Ale jest jeszcze jeden, często pomijany element pszczelarskiej tożsamości, o którym mówi się za mało.
Chodzi o skarpety w pszczoły.

Zaglądając do szuflady przeciętnego Kowalskiego, znajdziesz tam feerię szarości, czerni i granatu. Zaglądając do szuflady pszczelarza, zostaniesz zaatakowany przez żółto-czarne pasy, skrzydełka i uśmiechnięte odwłoki. Dlaczego tak jest? Czy to konieczność? A może szaleństwo? Oto kilka powodów, dla których warto (a nawet trzeba!) posiadać ich całą kolekcję.
- Jedyny element mody w stroju „kosmonauty”
Bądźmy szczerzy – nasz strój roboczy nie wygrywa konkursów piękności. Biały kombinezon, kapelusz z siatką i gumowce sprawiają, że wyglądamy jak skrzyżowanie piekarza z pracownikiem elektrowni jądrowej w Czarnobylu. Gdzie tu miejsce na ekspresję własnego „ja”? Gdzie indywidualizm?
Otóż ukrywa się on w nogawce. Kiedy zakładasz biały uniform, skarpety w pszczoły są twoim małym, rebelianckim manifestem. To sygnał dla świata (i dla twoich stóp), że pod tą warstwą drelichu bije serce artysty i pasjonata. To jak noszenie superbohaterskiej bielizny pod garniturem prezesa.
- Teoria „kamuflażu kostkowego”
Istnieje pewna (niepotwierdzona żadnymi badaniami, wymyślona przeze mnie przed chwilą) teoria, że pszczoły łagodniej traktują pszczelarza ubranego „w swoich”.
Wyobraź sobie sytuację: podchodzisz do ula. Pszczoła strażniczka wylatuje, gotowa bronić gniazda za cenę życia. Namierza twoją kostkę (bo nogawka się podwinęła, a na gumowce jest za ciepło). Już szykuje żądło, już bierze zamach… i nagle widzi na twojej skarpecie wizerunek swojej dalekiej kuzynki, Basi z ula nr 4. I co robi? Wpada w konsternację! „Czy to wróg? Czy to wielka, bawełniana rodzina?”. Zanim strażniczka przeanalizuje sytuację, ty zdążysz już zrobić przegląd i zamknąć daszek. Szach-mat, drogie panie. Skarpety ratują życie (lub przynajmniej kostki).

- Klątwa (i błogosławieństwo) prezentów świątecznych
Powiedzmy sobie prawdę: posiadanie dużej ilości skarpet w pszczoły rzadko jest wynikiem świadomych zakupów pszczelarza. To wynik bezradności naszej rodziny.
Kiedy zbliżają się urodziny lub Święta, nasi bliscy wpadają w panikę. Nie kupią nam dłuta, bo mamy ich piętnaście. Nie kupią matki pszczelej, bo się na tym nie znają. Wirówka do miodu nie zmieści się pod choinką. Co więc zostaje? – „O, patrz Grażynko! Skarpety z ulem! Romek lubi pszczoły, będą idealne!”
I tak oto, rok po roku, nasza kolekcja rośnie. Ale czy to źle? Absolutnie nie! Dzięki temu nigdy nie musimy parować skarpet po praniu. Nawet jeśli zgubisz jedną, masz w szufladzie 40 innych w ten sam wzór. To się nazywa optymalizacja czasu pracy w pasiece!
- Tajny znak rozpoznawczy
Jesteś na weselu. Nudna posiadówka, garnitur gryzie, wujek Mietek opowiada te same żarty na każdym weselu. Siedzisz przy stole, noga na nogę, i nagle spod nogawki eleganckich spodni wyłania się żółty owad.
Dwa stoliki dalej ktoś mruga do ciebie porozumiewawczo. On też ma pszczołę na kostce. Już wiesz. Już nie musisz rozmawiać o pogodzie. Za chwilę spotkacie się przy barze, żeby przez trzy godziny dyskutować o wyższości ula warszawskiego poszerzanego nad wielkopolskim i o tym, czy tegoroczna lipa w ogóle nektarowała. Skarpety w pszczoły to nasz masoński sygnet. To kod, dzięki któremu odnajdujemy się w tłumie cywilów.
Jeśli więc otwierasz szafę i masz wrażenie, że wyleci z niej rój bawełnianych owadów – nie martw się. Jesteś po prostu pszczelarzem z krwi i kości. Noś je z dumą, niech chronią twoje kostki i wprawiają w zakłopotanie twoje pszczoły.
A jeśli nie masz jeszcze ani jednej pary… cóż, idą Walentynki. Ukochana osoba na pewno o to zadba.
Zdjęcia skapet wykonała Daria Zalewa.