Aenean sollicitudin, lorem quis bibendum auctor, nisi elit.

m
Bartnicy: Pszczelarze, którym nawet sędzia wierzył na słowo

Dziś każdy pszczelarz, zanim rozstawi ule, musi mierzyć się z przepisami, pozwoleniami, a czasem z nieufnym spojrzeniem sąsiada. A dawniej? Bartnik to był ktoś! Człowiek lasu i miodu, który stał pół kroku bliżej natury – i może dwa kroki dalej od zwykłych ziemskich trosk. W czasach, kiedy prawo bywało surowe, a sądy pilnowały, żeby nikt nie oszukiwał, bartnik nie musiał przysięgać przed sędzią. Tak po prostu. Wystarczyło, że coś powiedział. I wszyscy wierzyli. Żadnej przysięgi na Boga, żaden ławnik nie musiał stukać młotkiem. Bo jeśli bartnik coś mówił, to znaczyło, że mówi prawdę.

Bartnik na drzewieBrzmi jak legenda, ale to fakt historyczny – bartnicy mieli specjalny status społeczny. Ich praca była uznawana za nie tylko fizycznie trudną, lecz wręcz metafizyczną. Taki człowiek znał bowiem sekrety pszczół, istot od dawna uważanych za stworzenia szczególne. Wierzono, że pszczoła nie kłamie, nigdy nie zasypia bez powodu i zawsze wraca tam, gdzie panuje porządek. A skoro bartnik potrafił z nią współżyć i rozumieć jej rytmy, sam zyskiwał aurę uczciwości i harmonii z naturą.

Bartnicy nie byli zwykłymi rzemieślnikami. Choć żyli wśród drzew, w lasach daleko od miejskiego zgiełku, mieli przywileje, o których chłopi mogli tylko pomarzyć. Często byli zwolnieni z niektórych podatków, mieli prawo do użytkowania lasu, a w niektórych regionach nawet własne sądy bartne. Jak ktoś stracił rój – nie szedł do sądu grodzkiego, tylko do sądu bartnego. Pszczoły, jak się okazywało, potrafiły jednoczyć ludzi bardziej niż dzisiejsze media społecznościowe.

Obraz. Bartnik na drzewie, źródło: Copilot

Ich kodeks był prosty: nie kraść cudzych pszczół, nie niszczyć drzew-borzysk (czyli kłód, w których mieszkały roje), nie wchodzić w cudzy las bez pozwolenia. Złamanie tych zasad mogło skończyć się surową karą – od grzywny w miodzie po utratę prawa do bartnictwa. Krótko mówiąc: utrata zaufania była jak wyrok społeczny. Dla bartnika to jak dla pszczelarza utrata królowej – katastrofa.

Niektórzy historycy zauważają, że bartnicy byli czymś na kształt średniowiecznych „leśnych zakonników”. Ich życie skupiało się wokół pracy, obserwacji natury i szacunku dla pszczół. A że człowiek, który dzień w dzień rozmawia z setkami żądlących istot, musi mieć silny charakter, społeczność wiedziała jedno: z bartnikiem się nie kłócisz. Nie ma sensu. I nie chodziło o strach przed żądłem, tylko o świadomość, że to ktoś, kto żyje „w zgodzie z wyższym porządkiem”.

Można więc powiedzieć, że bartnicy byli pierwszymi ekologami, strażnikami lasu i ambasadorami pszczół w jednym. Dziś, gdy walczymy o bioróżnorodność, ich tradycje zyskują nowe znaczenie. Może czas, byśmy znów nauczyli się słuchać natury – i wierzyć sobie nawzajem bez przysięgi. Bo jeśli bartnik mógł, to czemu nie my?

Obraz. Bartnik, źródło: zsk.olsztyn.pl